I Amsterdam Hogs

I amsterdam – miasto kanałów, rowerów i kafejek – płaskie niczym stolnica do wyrabiania ciasta na pierogi … rok wcześniej po niezbyt udanym dziczeniu w Budapeszcie i wymyśleniu „skali ocen od 1 do 5 dzików” zaczynamy kombinować gdzie się odegrać na królewskim dystansie – początkowo miała być Szkocja i maraton z górki ale dziki jednakowoż w sukienkach to wolą oglądać niewiasty a nie szkotów …. no to pada hasło „płaski Amsterdam” i TCS AMSTERDAM MARATHON. Sierściaści podchwytują i zbieramy soczystą ekipę wypadową – nasze dwa dzikie harty Brychu i Kreska z zamiarem przytulenia się do czasu 2:40, (ja) Prezio i Dejw ze smakami na łamanie 3:30 … do tego półmaratończyki – Wujek w cugu formy oraz loszki Koteq i Olga a także nasz wspierający support czyli Mała i Anulka. 


10 dni do startu – zaczyna się lekki stresik i zaklinanie pogody
P.S. .. a ten co tu z takimi gestami ???

No dobra – mam osobiste rozrachunki z maratonem – Budapeszt zmasakrował mnie już na 20 kilometrze, później przygotowania do Cracovia Maratonu przeplatane jakimiś górskimi ultra (co jak trener powiada pasuje jak ciepłe śledzie do piwa) … i kontuzyja na ostatnim ciężkim treningu przed startem tydzień wcześniej ……. Każdy ostro ryje ścieżki na treningach – harty mają kilometraże na Endo jak kierowcy z Ubera, Wujka forma rośnie niczym partyjne sondaże poparcia … a u mnie na spokojnie. We wrześniu zaliczamy stadnie Krynicę a tam pykamy sobie 107 kilometrowy spacerek … trenejro znowu przewraca oczami. Podobno trzeba się zdecydować czy się lubi płaskie czy bardziej zaokrąglone 😉 Nie mniej realizowywuję plany … choć kompletnie nie czuję formy – walczę z kręgosłupem a i coś sadełka przybyło na zimę 😉


Kolorowo i dzikowo

No to atakujemy holenderskie żerowiska – harty lecą aeroplanem reszta ciągnie się limuzyną. Z trasy rodzą się dwie konkluzyje – po pierwsze przegoniliśmy Niemcy – po naszych drogach jeździ się szybciej niż u zachodnich „sojuszników” … po drugie Holandia jest tak płaska (za oknami płaskie pola aż po daleki horyzont), że spokojnie można tu udowodnić, iż ziemia jest jednak płaska!!! W celu lepszej komunikacji na miejscu po drodze Dejw sprawdza jak po niderlandzku będzie „Poproszę dwa zimne piwa” – no i słyszymy lekki bełkot polskiego menedźmentu spod Promila coś w stylu „Tweekoudebierenalsjeblieft” …. Docieramy – naszą bazą zostaje kamping w środku parko-lasu – kolorowe domki, kicające naokoło króliczki i wolno chodzące …. żubry! Szybki wypad na poranny rozruch z Koteq’iem, Wujkiem i Brychem – w parku pełno koniny, świniny, owczyny i koziny …. istne zoo – czyli dziki są w swoim żywiole.!!!


Są i nasi – holenderskie dzikie świniaki !!!

Kolejnym etapem jest ładowanie węgli i wypad po pakiety – na miejscu czuć już całą atmosferę biegową – tłumy biegoludków jednak wszystko idzie sprawnie i wesoło. Dejw jako, że nabawił się kontuzji i nic nie wybiegał przez ostatnie tygodnie przepisuje się na turystyczną połówkę. Wracamy …. reszta dnia przebiega niczym na wieczorku poezji w gminnej remizie ….. smętny koniec dnia przy delikatnym chmielnym nawodnieniu ….


Superhero – połączenie Zorra, Supermana i Sebixa w wersji biegowej


Pierwsza fotka na poważnie – później hasło – teraz robimy coś szalonego
Znajdź 3 różnice „co szalonego zrobił Brychu?”

Rano 21 października pobudka, szamańsko-biegowe rytuały i już razem z Brychem truchtamy na metro – pogoda idealna, Amsterdam dalej płaski więc wszystko nastraja pozytywnie. Na przesiadkowej stacji przed docelową robi się tłoczno a w powietrzu unosi się już zapach bengajów i harramów. Ostatni odcinek pokonujemy przytuleni do innych amatorów biegania i metra ..


Chyba szykuje się poranna wyprzedaż w Decathlonie ….


Stadion jak stadion – grunt że wszędzie tojtoje i sikaczki !

Docieramy przed lekkoatletyczny stadion olimpijski Olympisch Stadion tam w kolejce do tojtojów spotykamy Kreskę i na prędce wymyślamy nowy biznes – sprzedaż papieru przed kibelkami …. niestety nie wypaliłby bo amsterdamskie wucety były wyśmienicie zaopatrzone !


Przedstartowy zestaw młodego biegającego dzika 😉

Pożegnałem nasze harty kopem na szczęście i ociągałem się z wejściem na stadion …. jak już się zdecydowałem to utknąłem w masie biegoludków szturmujących wąskie wejście na stadion – 10 … 15 minut i ledwo się ruszam do przodu … to żem se polatał –  zaczyna się lekki stres. Na szczęście wciskam się do środka niczym emeryt do kosza z promocjami i na czas staję na bieżni w mojej różowiutkiej strefie na czas poniżej 3:30. Dzikie harty gdzieś tam z wiercha w białej strefie z elitą maratońską. Ustawiam się pomiędzy pejsami na 3:15 i 3:30 i zamierzam w takim trójkąciku finiszować 😉 Stadion robi ogromne wrażenie ….. powtarzam sobie w myślach – jedziesz dziku z tym amsterdamskim koksem!!!


Działacz z dwoma swoimi najszybszymi pupilami 😉

9:30 – wystrzał i ruszamy – na wielkim telebimie widzę czołówkę filmowaną na ulicy przed stadionem … zanim doszedłem do startu przemykają plecy Kreski i Brycha – trzymam za nich mocno racice – to co oni chcą tu odpierdzielić to jest liga PRO w porównaniu z moim spacerkiem. Mijam linię startu no i sruuuuuuu – plan jest prosty – biec tempem 4:50 a jak mi się odechce to minimum poniżej 5:00! Początek lekko i przyjemnie ulicami miasta, parkiem, pod muzeum Van Gogha …. na poboczach kapele i DJ-je w swoich przerobionych techno-wózkach. Pogoda idealna, zero wiatru więc humorek dopisuje – przed  siódmym kilometrem na mijance widzę naszych pomarańczowych dzików razem jak sobie truchtają gdzieś tam w czołówce. Kilometry odbijam ciut szybciej od planu i cieszę się jak głupi, że zbieram sobie na zapas sekundki na wypadek kryzysu. Punkty odżywcze działają elegansio – podają w kolejności żele, izotoniki, wodę, banany i mokre gąbki …. obsługa oll inklusiw. 


Koniec zwiedzania muzeum – lecimy dalej ….

Po 13 kilometrze docieramy nad rzeczkę Amstel – z tego co pamiętałem na mapie oznacza to ponad 10 kilometrową agrafkę po nadrzecznym deptaku – 5km w jedną i tyleż samo w drugą – pojawia się „widmo Wiednia” – skupiam się na asfalcie i kroku … zaczynają się wiejskie widoki – holenderskie zagrody, bryza z pól na których wypasają się krowy i konie, na rzece łódki i kajakarze … jest piknie. Ja lekko zwalniam i odbijam czasy w okolicach planowanego 4:50 ale świeżość kroku ulotniła się gdzieś razem z miejskimi biurowcami. Zaczynam czuć, że nadchodzi mój najlepszy przyjaciel niesforny krąg  – a dokładnie ból lędźwiowo-krzyżowy robiące mi z nóg powoli betonowe pachołki. Zaczynam w głowie powtarzać sobie mantrę „jestem dzikiem, jestem zrelaksowany, ból to mój przyjaciel …” i takie tam inne bzdetki – biegacze wiedzą OCOCHO 🙂 Po 16 kilometrze paczam po drugiej stronie rzeki na wracających już z wiejskich wojaży hartów – biegną w dużej grupie ale Kreska jest zdecydowanie z przodu a Brychu zamyka korowód … widzę, że ostro walczą więc ja też pedałuję dalej. Po 20km zwalniam o kolejne 5 sekund … półmaraton odbijam z lekkim zapasem ale ból robi się już megaśny … dalej niechybnie zwalniam… fak fak fak.


Widmo agrafki .. tak to ten dyndający cypelek na dole …. i muzyczny żuczek 😉

Dobiega do mnie dziewczę w polskiej koszulce ze skrzydłami na łydkach (tatuażach znaczy się) i zagaduje – tak sobie kawałek ciśniemy i dowiaduję się, że ogólnie to ona lata ultra górskie ale leci dalej bo kończą z kumplem maraton i od razu startują w półmaratonie o 13:20 !!!! Szacun i pozdrowionka dziewczyno!!! Ja dalej puchnę – nogi coraz bardziej sztywne – wiem, że nie dam rady dobiec w takim stanie (i tempie) do mety i stawiam wszystko na jedną kartę – pierwszy raz w życiu na biegu (nawet na ultra nigdy tego nie robiłem) sięgam po przeciwbólowca – czuję siłę w nogach, w głowie, w płucach – ale krzyżoból nie pozwala na sensowne przebieranie racicami. Za wszelką cenę chcę uratować ten bieg – jak tylko ból zelżej to lecę dalej. Jestem świadom, że całe stado okupujące 13-tkę w Tychach popycha tą moją kulającą się kropkę nieszczęścia wirtualnie do przodu – dzięki Wam za to – ta świadomość zawsze dodaj mocy!!!


Dzikie zdalne wsparcie – nawadniają się za nas 😉

Wracamy na wielkomiejskie ulice. Niestety u mnie zero efektu – odbijam coraz większe straty powyżej 5:00 … tak walczę do ok 28km ale gdy zerkam na zegarek widzę przekroczone 6:00 … Na 30 kilometrze molestuję obsługę medyczną , wystawiam w pół goły zadek i zaznaję ulgi sprajem chłodzącym … dodatkowo wkładam sobie za pas zimną mokrą gąbkę – to mój ostatni zryw nieznacznie przyspieszam ale na 31km kończę bieganie na dobre …. spaceruję i zaciskam zęby – z bólu, złości, rozczarowania …. postanawiam, że aby nie zrobić sobie krzywdy to albo dospaceruję do mety albo schodzę z trasy …. IDĘ. Mija złość – zaczynam się rozglądać, zwiedzać, przybijać piątki i uśmiechać … w każdej sytuacji należy szukać pozytywów. 


Przez parki i pola – byle do stadionu ….

Co jakiś czas mijający mnie maratończycy dodają mi otuchy, klepiąc po sierści i zachęcają do biegu – większość z nich to Polanie więc można chwilkę pogadać. Zaczynam na zmianę truchtać i spacerować – na czasy nie patrzę już – zwiedzam i cieszę się, że dzięki pasji biegania jestem tu gdzie jestem, z tymi z którymi chcę być i robię to co robię. Przez cały czas mijam masę rozentuzjazmowanych (trudne słowo) kibiców – niektórzy wołają po imieniu z numerka (albo na numerka sam nie wiem). Im bliżej mety tym szybciej truchtam – wreszcie w oddali wyłania się stadion – wbiegam na bieżnię i jest cudownie – na trybunach wypatruję pomarańczowe towarzystwo i macham z daleka …. bach no i meta. Ledwo urwane 4 godziny…. maratonie dalej mamy porachunki 😉


Znajdź dzika zamawiającego 3 zimne piwa

Docieram na trybuny i już wiem, że harty dały radę – mega wyczyn, mega czasy:
Kreska – MEGA DZIK BREJKIN 2:40 … a dokładnie 2:39:02 !!!!!
Brychu – piękna solidnie zapracowana życióweczka 2:44:46!!!
No to teraz nawodniony piwerkiem z dzikim sztandarem w rękach śledzę z resztą poczynania naszych półmaratończyków. Aplikacja z międzyczasami pokazuje, że Wujek pędzi jak pomylony na złamanie 1:30 a i loszki trzymają wspólnie dobre tempo.


Polska miszczem Polski, dziki miszczami Hoandii!!!

Apka się wiesza więc organoleptycznie wypatrujemy pomarańczowej sierści … iiii jeeest – z tunelu wyłania się pochylona sztuka dziczyzny i za chwilę pada na mecie z czasem 1:30:53 i życiówką poprawioną o kilka minut … co ciekawe mimo naszych zakładów (Tomi przegrałbyś), że Wujka przywiozą tym razem helikopterem medycznym na metę a nie tak jak na Cracovia Maratonie karetką .. to dzik po dłuższej chwili zjawia się obok nas z pretensjami do trenera za lekko za słaby plan 😉 Kolejne wpadywują Olga z czasem 1:45:27, nietrenujący Koteq – 1:49:33 i kontuzjowany turysta Dejwu – 1:53:03.


Półmaratońskie dzikie dziewoje


Najwięksi wygrani amsterdamskiego żerowania

No i elegancko – wszyscy się doturlali, sierść spocili, nikt się nie zgubił i nie utopił w kanale – robota zrobiona więc można teraz zwiedzać. Wracając na kemping z medalami na szyjach już na podmiejskiej prowincji dwukrotnie mijający nas holendrzy głośno gratulują nam wyczynu – tak się tu docenia wysiłek sportowy – zaczynam uwielbiać to miasto 😉


Po robocie …..

Wieczorem korzystamy z dobrodziejstw Amsterdamskich zakamarków (znaczy, że żarełko szamamy) … kręcimy się po uliczkach, sprawdzamy na jaki kolor świecą neony w czerwonej dzielnicy, nawadniamy się …. jest cudnie. Kolejny dzień przeznaczamy na tour de bar w dzikiej ekipie przyjaciół, których połączyła biegowa zajawka … i też jest cudnie 😉 


Brychu umarł i poszedł do nutellowego raju


Typowy parking dla koła … zabawa w „który mój?”

W amsterdamskim stadzie po powrocie na rodzime żerowiska nastała era wieszczów i wysyp holenderskich epopejów biegowych
– czytajta i poczujta to z różnych perspektyw dzikowych – takie literackie 4D :
KRESKA i jego biegnepo230.pl cz.1
KRESKA i część druga

BRYCHA podniebne przemyślenia
WUJKA postartowy esej
I to jest właśnie maraton – możemy razem trenować, wspierać się i trzymać kciuki ale na trasie każdy pisze swoją osobistą historię walki ze swoimi słabościami, niechcemisiami, nieprzerobionymi treniengami i tym małym skurczysynkiem tkwiącym wewnątrz który powtarza śpiewająco niczym Niedomagający amator:
„…weź nie biegnij, weź się w łeb j..bnij, weź już siadaj.. weź na piwo spadaj..”


Ładujemyyyyyyyyy w siebie ile wlezieeeeeee!!!


Iamsterdamskie stadko

Podsumowując – kolejny raz maraton pokazał mi miejsce w szeregu – jednak to nie koniec  moich randek z maratonem – odpocznę na kilku ultra dystansach, ustalę z kręgiem zasady pokojowego współdziałania i wrócę .. a gdzie to czas pokaże. Na pewno z racicami na sierści mogę polecić TSC Amsterdam Maraton – trasa płaska, pogoda przynajmniej u nas idealna, miasto klimatyczne, ludzie wiecznie uśmiechnięci (co oni palą ??? ), z astmy można się wyleczyć bez recepty 😉 – nic tylko ryć po holenderskim asfalcie!!!

I na zakończenie chórek SINGHOGS i „Bikos Agaha”!!!

 

To by było na tyle …..
ENJOY – PREZIO!

 

Mała 3 sprawy : 1. Nie .. to nie jednorożec, 2. Nie … nie przyjmiemy go do dzików, 3. Co on robi w czerwonej dzielnicy?